Deforestacje i globalne ocieplenie w historii naszego gatunku

Podczas plejstocenu, a dokładniej podczas trwania Wurmu (system alpejski), Wisconsin (system amerykański) [zlodowacenia północnopolskiego] 72 tysiące lat temu było na Ziemi około 100 tysięcy ludzi. Oddziaływaliśmy wówczas na megafaunę w starym świecie – na kontynentach Europy, Azji i Afryki. Jednak było nas jeszcze zbyt mało byśmy dokonywali większych spustoszeń w ekosystemach. Oczywiście paliliśmy ogniska w jaskiniach i na otwartych terenach tworząc skupiska przypominające domy rodzinne czy też nawet klany społeczne. /oddziaływanie na przyrodę nie było wówczas zbyt wielkie by uszkodzić jakikolwiek ekosystem na Ziemi. Po prostu ludzi rozumnych (Homo sapiens sapiens), czyli nas było zbyt mało jeszcze.

Oprócz nas ludzi współczesnych istniały na naszej planecie jeszcze inne grupy człowiekowatych. Kromaniończycy (Homo sapiens fossilis) oraz Neandertalczycy (Homo sapiens neanderthalensis) czy też człowiek z Denisowa (Homo sapiens denisova). W tym samym czasie istniała jeszcze odrębna grupa ludzi w Azji południowo-wschodniej, będących odrębnym gatunkiem – ludzi z Flores (Homo floresiensis), bardziej bliskim ewolucyjnie rodzajowi człowieka wyprostowanego (Homo erectus) – pioniera wynalezienia ognia. Żywiołu, który stał się narzędziem w rękach człowiekowatych do przyszłego podboju natury. Prawdopodobnie były to ostatnie lata istnienia Homo erectus. Nasi przodkowie tworzyli już społeczności i kulturę oraz już polowali na wiele gruboskórych zwierząt.

W plejstocenie 72 tysiące lat temu istniał ostatni okres glacjalny (115-11,7 tys. lat temu), wspomniany Wurm  czy też Wisconsinan, który przyniósł dla całego globu większy spadek temperatur. Wszelkie grupy człowiekowatych ewolucyjnie przystosowała się do wielu zmian klimatycznych. Na przykład, nasz gatunek i naszych kuzynów neandertalczyków (30 tysięcy lat wcześniej powstałych) narodził się podczas okresu glacjalnego (300-130 tysięcy lat temu) Rissu (system alpejski) Illinoianu (system amerykański) (zlodowacenia środkowopolskiego) zaadaptował się zarówno do powyższego glacjału, jak i do poprzedniego interglacjału Eemu (130-115 tysięcy lat temu) i z powrotem do glacjału, wspomnianego Wurmu / Wisconsinanu. Niestety neandertalczycy, którzy powstali około 400 tysięcy lat temu podczas Holsteinu (zlodowacenia mazowieckiego), wyginęli dość szybko bo już 24, 5 tysiąca lat temu, jeszcze podczas glacjału. Wtedy jeszcze nie było dużych oddziaływań na przyrodę.  Około 42 tysiące lat temu było nas około pół miliona osobników, nie licząc osobników z Flores, neandertalczyków i kromaniończyków. Około 32 tysiące lat temu było już nas milion ludzi na świecie. I jeszcze żyli kromaniończycy i ludzie z Flores oraz kończył się żywot podgatunku neandertalczyków. Wpływ na przyrodę był nadal kompensowany. Siła oddziaływania naszego gatunku nie była jeszcze tak duża. Nie tworzyliśmy jeszcze trybu życia takiego by rozwijało się rolnictwo.

W plejstocenie dominowało myślistwo i rybołówstwo oraz zbieractwo, a pod sam koniec jego również koczownictwo. Między okresem czasu 32 tysiące lat temu a 12 tysięcy lat temu nasz gatunek urósł do 5 milionów. To właśnie wtedy po raz pierwszy ludzie pojawili się na kontynencie amerykańskim. Co wydarzyło się pomiędzy latami 16 tysięcy a 11,5 tysiąca lat temu? Homo sapiens sapiens, którzy zawędrowali na dzisiejszy kontynent Ameryki Północnej przez pomost lądowy łączący wtedy Azję ze wspomnianą Ameryką Północną (w interglacjałach poziom oceanów: Spokojnego i Arktycznego był na tyle duży, że pomost ten przestawał istnieć; dziś tak samo go nie ma i przez długie tysiąclecia go nie będzie), dokonali wręcz masowego mordu na dużych kręgowcach, głównie roślinożercach, nie znających wcześniej ludzi, a więc nieprzystosowanych do uciekania przed nimi). Ponoć do wielkiego wymierania megafauny amerykańskiej przyczyniły się też inne czynniki. Między innymi: czynnik chorobotwórczy (nieznana bliżej epidemia bakterio- lub/i wirusobójcza), czynnik klimatyczny (kończył się chłodny glacjał Wurm / Wisconsinan, a zaczynał już nasz ciepły interglacjał holocen, co mogło też mieć wpływ na ujemną adaptację ewolucyjną), a także być może czynnik kosmiczny (upadek meteorytu średniej wielkości dokonującego przynajmniej dobicia megafauny amerykańskiej na scenie ewolucji życia).

12 tysięcy lat temu, a więc na początku holocenu, w niewiadomych okolicznościach zniknęli nasi najbliżsi kuzyni – kromaniończycy (Homo sapiens fossilis), żyjący zaledwie od 43 tysięcy lat temu przed Chrystusem. Podobny los podzielił gatunek ludzi z Flores (Homo florensis). Możliwe, że zmieniający się klimat, ocieplający się nowy interglacjał – nasz holocen był przyczyną zagłady naszych bliższych i dalszych kuzynów z rodzaju Homo. I tak z początkiem  holocenu pozostaliśmy w końcu sami.

Kiedy minął okres 1000-letniego nagłego ochłodzenia w Młodszym Dryasie (ok. 12,8-11,65 tysięcy lat temu) (Young Dryas), to mogło to też wpłynąć na zwiększony trend wędrówek naszego gatunku po całej kuli ziemskiej. Z pewnością dysponowaliśmy już ogniem nie tylko do rozpalania ognisk, ale i również do wypalania lasów by mieć dla siebie jak najwięcej przestrzeni. I tak też się musiało stać już 9 tysięcy lat temu, podczas Optimum Holoceńskiego. To właśnie wtedy, po raz pierwszy w Mezopotamii, nad rzekami Eufrat i Tygrys (na terenie żyznego „półksiężyca”), pojawiły się pierwsze osady. Co wiązało się z usunięciem szaty roślinnej (karczowaniem i wypalaniem roślin), a więc, z pierwszymi emisjami gazów cieplarnianych do atmosfery.

7 tysięcy lat temu było nas na Ziemi już około 10 milionów. I już wtedy zaczęliśmy w pewnym sensie oddziaływać na naturę. Cywilizacja na Bliskim Wschodzie coraz silniejsze piętno odciskała na przyrodzie. Powiększyła się ona między innymi o starożytny Egipt i Persję. W regionach, w których było przeprowadzane coraz intensywniejsze i coraz skuteczniejsze metody karczowań i wypalań lasów, miały swoje miejsce oczywiście emisje gazów cieplarnianych, choć jeszcze wcale nie zagrażające naszemu systemowi klimatycznemu.

Wpływ na duże i powolne gatunki w Starym Świecie (Europa, Azja, Afryka) i w Nowym Świecie (Ameryka Północna i Południowa oraz Australia i Oceania) był niebagatelny i wręcz często okrutny. Tam gdzie się pojawiali przedstawiciele Homo sapiens sapiens, tam była dokonywana czystka w świecie flor i faun. To był czas Optimum Holoceńskiego, w którym było najwyższe naturalne nasłonecznienie w holocenie. Nasza planeta była nachylona wtedy w taki sposób, że Arktyka, wraz z obszarami borealnymi, była najintensywniej oświetlona. Od tamtego czasu zaczął następować spadek oświetlenia tych obszarów, a Ziemia do dziś przechyla się ku coraz większemu ochłodzeniu i nadejściu epoki lodowcowej.

Około 4 tysiące lat temu powstały cywilizacje w Indiach, Chinach, w Grecji. Na Ziemi było nas już aż 25 milionów. Cywilizacja rozwijała się z coraz większym impetem oddziałując już na wiele ekosystemów, wokół których osiedlali się ludzie. Deforestacje na szeroką skalę były przeprowadzane w basenie Morza Śródziemnego oraz w strefie rozrastających się imperiów Indii i Chin.

Klimat ochładzał się. I jednocześnie zmniejszały się powierzchnie szaty roślinnej. Coraz więcej ziemi stosowanej do upraw rolnych i hodowli zwierząt gospodarskich zmieniało krajobrazy przyrodnicze tam  gdzie intensywnie rozwijały się cywilizacje ludzkie, zwłaszcza nad brzegami wielkich rzek. Na przykład: Nilu, Eufratu i Tygrysu, Indusu, Gangesu, Huang-Ho i Jangcy. Wytrzebianie szaty roślinnej wiązało się oczywiście z większym przyrostem średniej temperatury przy powierzchni Ziemi, a więc, z większą emisją gazów cieplarnianych, zwłaszcza gdy przeprowadzano intensywne wypalanie lasów. Jednocześnie jasność Słońca obniżała się dzięki nachylaniu się ekliptyki względem orbity Ziemi w taki sposób, że coraz mniej promieni słonecznych oświetlało Arktykę i obszary borealne i z klimatu umiarkowanego.

Około 3 tysiące lat temu na Ziemi cywilizacje ludzkie rozwijały się już bardzo intensywnie. Rozkwit swój miały min. w Rzymie, Chinach oraz Mezoameryce (na terenie dzisiejszego Meksyku, Kolumbii i Peru). Ziemian było już aż 50 milionów. Ekosystemy w obrębie zagęszczonej populacji ludzkiej były dość intensywnie przetrzebione. System klimatyczny jednak był wciąż nienaruszony. Biosfera w skali globalnej również nie była jeszcze tak silnie nadwyrężona by stanowiło to zagrożenie dla ogromnej liczby gatunków ziemskich.

W czasach narodzin Chrystusa ponad 2 tysiące lat temu był to czas rozkwitu Cesarstwa Rzymskiego. Człowiek rozumny rozmnożył się wręcz pięciokrotnie w ciągu zaledwie tysiąca lat. Z 50 do 250 milionów, czyli aż ćwierć miliarda. Wszystkie starożytne cywilizacje odcisnęły silne piętno na przyrodzie. To był moment kulminacyjny, w którym ludzkość dokonała tego rozmnażając się dość intensywnie i zabierając przestrzeń życiową wielu gatunkom dzikim.

Po upadku cesarstwa rzymskiego, ponad 1500 lat temu (po 500 r. n.e.) było nas znacznie mniej bo około 300 milionów, a ponad 1000 lat temu (po 1000 r. n.e.) było nas jeszcze 350 milionów. A więc, przyrost nie był tak intensywny, jak przed narodzinami Chrystusa. Oddziaływanie na naturę też spowolniło tempo. Ludzkość jeszcze nie eksplorowała najdalszych zakątków Ziemi. Choć jedynym wyjątkiem był region północnej Europy, gdzie ludy północy – wikingowie zapuścili się daleko na północnym Atlantyku, odkrywając wyspy Islandii i Grenlandii oraz Nowej Fundlandii w Kanadzie i być może Labradoru. Regionalne ocieplenie średniowieczne sprzyjało szerszej eksploracji obszarów Ziemi na wyższych szerokościach geograficznych niż wcześniej.

Po 1250 roku było nas już 400 milionów. Ziemia wtedy była znacznie chłodniejsza niż w czasach Cesarstwa Rzymskiego za życia Chrystusa czy też dzisiaj. Jednak była znacznie cieplejsza niż podczas Małej Epoki Lodowej w okresie XVI-XVIII wieku. Oddziaływanie na naturę istniało, zarówno w Starym Świecie, jak i w Nowym Świecie. Ludzie podbijali naturę dosłownie ogniem i mieczem wszędzie gdzie się dało. Udoskonalali swoje narzędzia by coraz skuteczniej zagarniać naturalne tereny pod uprawy rolne i pod wypas hodowlanych zwierząt. W Grenlandii wikingowie, nie przyjmujący zwyczajów tubylców Eskimosów (Inuitów), zaczęli wymierać, gdy pojawiło się stopniowo regionalne ochłodzenie klimatu pod koniec XIII w. Ludzie przystosowani tylko do rolnictwa, a nie potrafiący żyć z polowań i rybołówstwa łatwo stali się łupem natury. Powoli zbliżała się Mała Epoka Lodowa.

Około 1500 roku, a więc po odkryciu Ameryki Środkowej i Południowej przez Krzysztofa  Kolumba w 1492 r., na Ziemi było już nas, 500 milionów ludzi (czyli, pół miliarda). Zaczęliśmy eksplorację świata. Odkrywać nowe ziemie i podbijać je. Ogniem i mieczem. Zaczęliśmy nie tylko eksploatować nowe tereny przyrodnicze, ale i kultury ludzkie, zwłaszcza takie, które są mocno przystosowane i zasymilowane do świata natury. Coraz więcej obszarów przyrodniczych zmienianych w plantacje rolne czy pastwiska bydła oznaczać zaczęło coraz większe emisje gazów cieplarnianych do atmosfery, choć jeszcze nie wpływały one na zaburzenia systemu klimatycznego Ziemi.

Około 1750 roku liczba ludności przekroczyła 750 milionów. Podbiliśmy już dużą część ekosystemów ziemskich i przyczyniliśmy się już do wymierania wielu gatunków ziemskich. W Europie w szczególny sposób wytrzebiliśmy prawie całą faunę dużych ssaków. Zaczęliśmy przymierzać się do eksterminacji gatunków na pozostałych kontynentach Ziemi. W Ameryce Północnej, zwłaszcza biali kolonizatorzy dokonali totalnej eksploatacji ekosystemów Ameryki Północnej. Karczowanie i wypalanie lasów przyczyniło się do masowych emisji gazów cieplarnianych. Lada dzień ruszyły też pierwsze maszyny parowe w Wielkiej Brytanii dokonując znaczącego wpływu emisji tychże gazów na system klimatyczny naszej planety. Koncentracje CO2 wynosiły wówczas 278 ppm. Ziemia w 1750 r. była chłodniejsza niż w 2017 r. co najmniej o 1,2 stopnia Celsjusza.

Około 1820 roku, a więc, kiedy spalanie paliw kopalnych po Wielkiej Brytanii zostało rozpoczęte przez kraje zachodniej Europy i północno-wschodniej części USA (Nowej Anglii), ludzkość osiągnęła magiczną liczbę miliarda ludzi. Nasz wpływ na ekosystemy był już bardzo wyraźnie odczuwalny. Jednak powoli, stopniowo zaczęliśmy oddziaływać również na klimat Ziemi. Już nie tylko masowe deforestacje (wylesienia) w wielu zakątkach naszego globu, ale i również spalanie paliw kopalnych, a później też produkcja cementu zaczęły mieć niebagatelne znaczenie uszkadzania systemu klimatycznego na naszej planecie.

2 miliardy przekroczyliśmy około 1930 roku. A więc, w okresie międzywojennym. Czyli po zakończeniu I wojny światowej 1914-18 i przed rozpoczęciem II wojny światowej 1939-45. Ekspansja natury była czymś normalnym (albo przewrotnie mówiąc, wręcz nienormalnym). I mało kto przejmował się wymieraniem gatunków na Ziemi. Darwinizm jako nauka został wypaczony i sprowadzony do nauk, w których coraz wyraźniej dominował pierwiastek rasistowski i nacjonalistyczny. A tam gdzie był on zakazany we wszelkiej formie, to panował kult materialistycznego i antyprzyrodniczego komunizmu. Zaczął się wtedy, wręcz obsesyjny podbój świata natury. Emisje gazów cieplarnianych już w wyraźny sposób przyczyniały się do powiększania koncentracji dwutlenku węgla w atmosferze Ziemi.

W 1960 roku przekroczyliśmy liczbę 3 miliardów. Świat się silnie zindustrializował. Deforestacje trwały wręcz na całym świecie. W krajach tropikalnych, nawet biedni ludzie wypalali i karczowali lasy aby mieć nowe świeże i urodzajne gleby, gdyż stare szybko jałowiały. Koncentracje dwutlenku węgla w atmosferze, już mierzone za pomocą spektrometrii masowej na Hawajach, wciąż coraz szybciej rosły. Przekroczyły 316 ppm. A temperatura globu nie była aż tak duża jakby się wydawało. W latach 1960-80 przemysł w Europie, w Ameryce Północnej i w Japonii oparty był przede wszystkim na spalaniu siarczanów. Oprócz emisji dwutlenku węgla (ze spalanego węgla) do atmosfery i do oceanów, trafiały też do samej atmosfery ogromne ilości dwutlenku siarki. Zasiarczone i rozjaśnione niebo zachmurzone i niezachmurzone bardzo dużo odbijało promieni słonecznych z powrotem w kosmos. To było mylące. wydawało się, że wszystko jest w porządku z klimatem ziemskim. Okazało się później, że nie. Dużym problemem okazały się wówczas masowo występujące w krajach uprzemysłowionych kwaśne deszcze, np. w Skandynawii.

W 1974 r. było nas 4 miliardy. W 1987 r. – 5 miliardów. Koncentracje dwutlenku węgla wciąż rosły. Deforestacje na Ziemi były coraz większe. W 1999 r., po najsilniejszym w XX w. El Nino 1997-98, liczba ludzi przekroczyła już 6 miliardów. Globalne ocieplenie okazało się nieubłaganym faktem naukowym. Koncentracje CO2 na początku XXI w. przekroczyły 370 ppm. Zwłaszcza gdy wyeliminowano z przemysłu siarczany (zastosowano masowo filtry odsiarczające). Oczyszczone niebo z siarki, ponownie pozwoliło promieniom słonecznym intensywniej ogrzewać Ziemię, choć aktywność słoneczna właśnie od lat 60 wyraźnie spadała i spada do dziś. Deforestacje na gigantyczną skalę przeprowadzane, zwłaszcza w Amazonii, z kolei, w drastyczny sposób przyczyniły się do zwiększania emisji gazów cieplarnianych wraz z emisjami gazów cieplarnianych pochodzących ze spalania paliw kopalnych, ale odsiarczonych już.

W 2011 roku wybiła liczba 7 miliardów ludzi. Jest nas coraz więcej. I coraz więcej potrzebujemy przestrzeni życiowej kosztem wielu naturalnych ekosystemów, których obecnie w 2017 r. jest bardzo znikoma ilość. W Europie prawie ich już nie ma. Koncentracje dwutlenku węgla w 2016 r. przekroczyły 400 ppm. Spalanie paliw kopalnych jest 9-krotnie większe niż dokonywanie deforestacji. Ale i te stają się coraz większe. Deforestacje osiągają wręcz zawrotne tempo. Zwłaszcza tym razem w Indonezji i Malezji, gdzie wycięto prawie 2/3 lasów deszczowych i osuszono torfowiska (jesienią w 2015 r. była to przyczyna masowych pożarów, gdzie emisje gazów cieplarnianych ówczesne były znacznie większe niż emisje gospodarki USA) pod uprawy palmy olejowej i eukaliptusa.

Kiedy wytniemy wszystkie lasy na Ziemi przy jednoczesnym dalszym szalonym spalaniu paliw kopalnych, min. przy wydobywaniu gigantycznych złóż piasków roponośnych w stanie Alberta w Kanadzie i łupków bitumicznych w stanie Wyoming w USA, to doprowadzimy do nieprzewidywalnego wzrostu globalnej temperatury przy powierzchni Ziemi, być może nawet do 1,5 stopni Celsjusza w 2020 r. I może być to bardzo możliwe, przy coraz większej częstości anomalii klimatycznej El Nino od La Niny. Dzisiaj doprowadzamy wręcz do astronomicznego ocieplenia globu ziemskiego w ciągu zaledwie 6-7 lat. Ziemia w 2011 r. była chłodniejsza od Ziemi w 2016 r. aż o 0,4 stopnia Celsjusza. I co ciekawe, chłodniejsza niż w 1998 r. o 0,04 stopni Celsjusza. A to w skali naszej planety jest naprawdę bardzo duża różnica. Czy spotka nas tak gwałtowny spadek temperatury globalnej jak w 2011 r.? Jest to tylko możliwe przy wybuchu dużego wulkanu, który zasiarczyłby jeszcze intensywniej niebo niż indonezyjski Tambora w 1815 r. Musiałby zdarzyć się (bardzo rzadki w skali czasu geologicznego) upadek średniej wielkości meteorytu. Ewentualnie musiałby nastąpić wybuch bomby nuklearnej.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludność_świata

https://pl.wikipedia.org/wiki/Plejstocen

https://pl.wikipedia.org/wiki/Homo

https://pl.wikipedia.org/wiki/Człowiek_rozumny

Autor: Jacek Baraniak

Jestem z zamiłowania i z wykształcenia ekologiem, ale tylko z pasji miłośnikiem klimatologii. Obie nauki w szczególny sposób są podobne do siebie, gdyż ludzkość wywiera szczególny wpływ na Ziemię w obrębie tych dwóch dziedzin nauki. Dokonuje destrukcji zarówno względem środowiska przyrodniczego, jak i klimatu naszej planety. W szczególności obu tym dyscyplinom naukowym poświęcony jest ten blog.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: